środa, 20 lipca 2016

2016 - Pomysł i początek

20.07.2016
(SKiN)

    Długo się zastanawialiśmy gdzie w tym roku lecimy. Bliski trafienia był Mirek - obstawiał Peru. Mieliśmy lecieć do Kolumbii i Ekwadoru. niestety przegapiliśmy promocje biletów a były wczesną wiosną w Turkish Airlines. Później cena za 1 osobę to 7,6 tyś zł za bilet do Bogoty. Trochę nas to przerosło. Później pojawił się pomysł, który dokucza mi od kilku lat - Kalimantan ale taki lekko hadrcorowy (przejście Muller Range) z tygodniem naparzania maczetą w dżungli - opór dziewczyn był nie do przeskoczenia. To nie koniec pomysłów. Była i Birma, z Laosem i Pn. Wietnamem. Już prawie witaliśmy się z gąską ale podeszliśmy do pomysłu racjonalnie - wtedy tam szaleje monsun. Średnia przyjemność. My możemy lecieć jedynie wtedy gdy Natka ma wakacje - lipiec - sierpień.

2015 - 32. Powrót

1-2.08.2015.
(SKiN)

   Dziś ostatni dzień na Timorze a także w Indonezji. Wracamy do Dżakarty, a później mamy lot do Istambułu. Wstajemy bardzo wcześnie rano aby zdążyć na samolot. Edwin załatwia tylko dla nas tańsze bemo na konkretną godzinę. Wcześniej przy porannej kawie kibicujemy mu w wypieku bułek na hamburgery. Jest w tym niezły, żartujemy aby otworzył w Kupang McDonalda ;-).
   Bardzo nam się spodobał konkretny ale jednocześnie uczynny charakter Edwina.
 
 

2015 - 31. Sasando

31.07.2015.
(Karolina)

   Dziś nasz przedostatni dzień na Timorze. Z samego rana siadamy do przewodnika i zastanawiamy się co dziś jeszcze możemy zwiedzić. Podpytujemy naszego gospodarza, co ciekawego i wartego jest do zobaczenia. Opowiada nam, że około 20 kilometrów za Kupang, w wiosce Oebelo, jest największa na Timorze pracownia wyjątkowych instrumentów muzycznych - sasando. Instrumenty te i muzyka pochodzą z pobliskiej wyspy Rote ale główny mistrz mieszka w Oebelo. Co prawda koneserami muzyki nie jesteśmy, ale ciekawość bierze górę. Po wyjaśnieniach Edwina - „najpierw w lewo potem w prawo i jeszcze się musicie przesiąść  trzy razy to dojedziecie”. No to ruszamy. W lewo, w prawo i dojeżdżamy do terminala autobusowego, gdzie przesiadamy się do kolejnego busa. Pytamy się miejscowych gdzie mamy wysiąść i wszyscy jak jeden mąż na hasło „sasando” kiwają porozumiewawczo. Pomagają wysiąść w odpowiednim miejscu.


2015 - 30. Wśród poławiaczy morskich glonów

30.07.2015.
(Natalia)

   Następnego dnia rano zjadamy pyszne śniadanie u Edwina. Po posiłku zabieramy podręczny plecak i jedziemy na wybrzeże. Tam czeka wiele małych łódek. Wybieramy jedną, siadamy i płyniemy na małą wyspę Semau. Fale kołyszą całą łodzią. Nie ma mowy o siedzeniu na dziobie, więc siadam obok mamy pod daszkiem. Okazuje się, że nie płyniemy sami. W kilku kartonowych pudełkach podróżują również kurczaki.
 

2015 - 29. W stolicy Nusa Tengara

29.07.2015.
(Sławek)

   Do Kupang dojechaliśmy jeszcze długo przed zachodem słońca. Na forach globtroterskich oraz w przewodniku LP polecany jest człowiek - Edwin Lerrick. Bierzemy więc jakąś taksówkę z dworca do którego dojechaliśmy i staramy się odszukać Edwina. Nie jest to łatwe...
 

2015 - 28. Wracamy do Kupang

29.07.2015.
(Sławek)

   Rano zbieramy się na dworzec. Wracamy do Kupang. Dworzec niedaleko, więc dajemy radę sami. Udaje się nam kupić szybko bilety na jakiś lokalny bus. Ale za chwile musimy się przesiadać do innego. Zdążyliśmy się przyzwyczaić do tych ichniejszych zawiłości komunikacyjnych.
 

2015 - 27. Miasto Kefamenanu i wioska Wini

28.07.2015.
(Sławek)

   Poprzedniego dnia, za pośrednictwem Micky załatwiliśmy dwa motorki i kierowcę. To ochroniarz z naszego hoteliku. Na dzisiejszy dzień wziął sobie wolne aby dorobić sobie na bule, czyli nas - białasów. Ból jest jeden - po angielsku zna tylko 1 słowo: 'Mister'. Spoko, znamy kilka zwrotów w jego języku. Alex, bo tak ma na imię jedzie z Karoliną, ja z Natką na drugim. Wczoraj prosiłem aby mój motorek był z automatyczną skrzynia biegów. Nic z tego, dostałem z manualną i na dodatek rozwalającą się. Jedziemy na północ - do Wini. To rybacka wioska przylegająca do eksklawy Timor Leste - Oecussi.
 
 

2015 - 26. W Królestwie Boti

27.07.2015.
(Natalia)

   Rano mały problem - nie ma Riko i nie ma kierowcy z samochodem terenowym. Po jakimś czasie pojawia się zdenerwowany Riko. Dzwoni wykrzykuje cos w słuchawkę, przeprasza...
   Tata mówi, że przewidział taką sytuację :-). Po godzinie pojawia się inny kierowca z tym samym co wczoraj uzgadnianym samochodem terenowym....
   Szkoda czasu, wraz z Rico oraz kierowcą wyruszamy w podróż do małego królestwa Boti. Liczy one nie więcej niż siedemdziesiąt rodzin, a władzę sprawuje tu król wraz ze swoją żoną.
   

2015 - 25. Soe

26.07.2015.
(Sławek)

   Rankiem wstajemy wcześnie aby nie przegapić przyjazdu syna Mickiego Lumby - Rika. Zjedliśmy śniadanko, zapakowaliśmy się na cały dzień, poczyściłem obiektywy i ... nic. Rika nie ma. Mija godzina od umówionego czasu i nic. Poszliśmy na recepcję zapytać się o naszego wczorajszego przyjaciela. Nie możemy się dogadać, nikt nie zna angielskiego. Jest za to internet. Włączam tłumacza google i jakoś udaje się nam dogadać. Niestety nikt nie zna Pana Lumby. Wpadam na pomysł aby wynająć motocykl i może jakoś tam trafimy z wczorajszą pamięcią. Pomocnik recepcjonisty zgadza się z nami pojechać. Karolina zostaje, a my w trójkę (ja, Natka i nasz kierowca motorka) jedziemy mniej więcej w tym kierunku z którego wczoraj przyjechaliśmy od Lumby. Błądzimy i to strasznie. Liczę, że Natce coś się przypomni... Podstawowym problemem jest brak znajomości bahasa, a angielskiego nikt tu nie zna. Krążymy po połowie miasta zapytując wszystkich "Lumba, teacher". Nic. W końcu, gdy któryś raz przejeżdżamy po rejonie jakoś nam się kojarzącym z wczorajszym pobytem u naszego znajomego, napotkana kobieta na nasze pytanie odpowiada:
- Aaaa... Micki Lumba teacher (reszty nie zrozumieliśmy ale zrozumiał ją nasz kierowca) - chwilę później już byliśmy koło domu Państwa Lumba.

wtorek, 19 lipca 2016

2015 - 24. Timor Zachodni

25.07.2015.
(Sławek)

  Lecimy na kolejną wyspę Indonezji - Timor Zachodni. Wyspa ta jest w posiadaniu dwóch państw - zachodnia jej część właśnie należy do Indonezji, zaś wschodnia z niewielką eksklawką położona w środkowo-północnej jej części (Oecusse) należy do nowego państwa - Timor Leste - czyli Timor Wschodni. O ile znaczna część włóczykii za cel obiera sobie to właśnie jedno z najmłodszych państewek we wschodniej części wyspy, my postanowiliśmy przejechać kawałek jej indonezyjskiej części. Bez planu, bez pomysłu, z kilkoma radami z forów globtroterskich i lakonicznymi notkami z LP. Jak przygoda, to przygoda...
  

2015 - 23. Labuanbajo

24-25.07.2015.
(Natalia)


   Ruszamy dalej. W zachodniej części Flores w końcu widać jakieś równiny. Aż nie chce się wierzyć, że taki monotonny krajobraz, z płaskimi polami ryżowymi można znaleźć na tej wyspie. Po długiej podróży wreszcie przyjeżdżamy do Labuan Bajo.

2015 - 22. Spider fields

24.07.2015.
(Sławek)

    Tego samego dnia jedziemy dalej na zachód, w kierunku Labuanbajo. Po drodze zatrzymujemy się w małej wiosce Cancar, jakieś 17 km na zachód o Ruteng, która leży nieopodal wygasłego wulkanu i u podnóża zbocza za którym mają nas zaskoczyć niesamowite widoki.

sobota, 9 lipca 2016

2015 - 21. W wiosce Ruteng Pu'u

24.07.2015.
(Sławek)

Ruteng to w miejscowym języku nazwa pewnego drzewa dość dobrze znanego w Polsce - Ficus benjamina. W Polsce to ozdobna roślinka doniczkowa, dość podatna na wszelkiego rodzaju fantazje florystów, czy producentów drzewek bonsai. Tu w kraju Manggarai to drzewo zawsze rosło w centralnej części wioski, w kamiennym kręgu. Było drzewem świętym.

piątek, 8 lipca 2016

2015 - 20. W poszukiwaniu hobbitów

24.07.2015
(Sławek)

    "Liang Bua? Sławek odpuść sobie to miejsce, to jedna wielka dziura gdzie nic ciekawego nie ma" - czytam w mailu od Richarda Janiszewskiego, przez którego załatwiliśmy samochód z kierowcą aby przejechać przez co ciekawsze miejsca na Flores. W podobnym klimacie PR utrzymuje się kilka różnych komentarzy odnośnie tego tajemniczego miejsca na wyspie. Jedynie zapaleńcy archeologiczni są ciekawi wieści o tej jaskini. Na forach paleontologicznych widać także ekscytację i traktowanie tej jaskini jako pewnego rodzaju mekki i marzeń o jej odwiedzeniu.
     Czym więc jest jaskinia Liang Bua, że tak skrajne emocje u potencjalnych wizytatorów wzbudza?
Posłuchajcie...

wtorek, 18 sierpnia 2015

2015 - 19. Tradycyjna wioska Bena i droga do Ruteng

23.07.2015 r.
(Natalia)

    Następnego dnia wstaliśmy po siódmej, gdyż z Donatusem umówiliśmy się na ósmą. Szybkie dopakowywanie, śniadanie wraz z okropnie słodką kawą i idziemy na parking, gdzie nasz samochód stoi z już włączonym silnikiem. Trochę się dziwimy, bo Donatusa nie ma w środku. Po kilku minutach przychodzi nasz kierowca i ruszamy do Rutang. Po drodze mamy jeszcze w planach odwiedzenie tradycyjnej wioski - Bena. Widoki zapierające dech w piersiach - już nad Bajawą królował jeden z największych na Flores wulkanów - Inerie (2245 m).

czwartek, 13 sierpnia 2015

2015 - 18. Gorące źródła i Bajawa

22.07.2015
(Karolina)

   Po wspaniałym dniu spędzonym na snoorkowaniu dziś kolejna podróż przed nami. Naszym celem jest dotarcie do miasta Bajawa. Jeszcze zanim wsiedliśmy do samochodu Donatus ostrzegał nas, że droga jest w fatalnym stanie. Znaczna jej część to jedna wielka dziura. No trudno, jak chce się przeżyć przygodę to trzeba umieć się dostosować do warunków jakie panują. Z Natką zajmujemy tylna kanapę samochodu. Ruszamy. Pierwsze 5 km całkiem przyjemnie. Myślę sobie, nie jest źle. No i zaczęło się. Wjeżdżamy w góry, zaczyna się 'spaghetti road' (tak na drogi na Flores mówi Donatus). Cały czas na pierwszym biegu, prędkość 10 km i pełne skupienie Donatusa. Muszę tutaj dodać, że jest świetnym ostrożnym kierowcą. Z drugiej strony od 7 czy 8 lat trasę z Maumere do Labuanbajo pokonuje 4 raz w miesiącu w sezonie od maja do września, więc pewnie może spokojnie zamknąć oczy a i tak dojedzie ;-)

środa, 12 sierpnia 2015

2015 - 17. Flying Fox Island

21.07.2015
(tego samego dnia)
(Slawek)

   Płyniemy na zachód. Po lewej w oddali widzimy mały rybacki porcik, z którego wypłynęliśmy - Riung. Przed nami największa wyspa tego urokliwego archipelagu - Ontoloe (Pulau Kalong). Opływamy ją od północy. Brzegi porastają liczne mangrowce.
   Wiedzieliśmy po co płyniemy na ta wyspę. Ja jednak byłem zapatrzony w wodę i rafę widoczną pod nią. Karolina krzyknęła:
- Są! Ile ich jest...!
- Gdzie? - dopytuję
- Tam na drzewach, na gałęziach, wszędzie...!
Spoglądam na pobliskie drzewa, faktycznie są, zwisają z gałęzi jak duże owoce avocado...

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

2015 - 16. Siedemnaście wysp

21.07.2015
(Slawek)



- 17 wysp? Nie, to tylko utarta nazwa dotycząca tych największych, w rzeczywistości jest ich 28 - odpowiada na moje pytanie Donatus, który wczoraj deklarował, że zostaje w pokoju i odpoczywa po uciążliwej drodze, a my płyniemy z Bajo. Dziś rano okazało się, że Donatus zregenerował sily przez noc i płynie z nami. Super :-).
   Wczoraj wieczorem nasz kierowca dał nam szybki kurs komunikacji z naszym rybakiem, który nie zna ani 1 słowa po angielsku i tylko dość prosto bahasa indonesia. Mówił nam, że jeśli chcemy płynąć na jakąś wyspę - wskazujemy na nią ręką, chcemy jeść - wskazujemy brzuch i usta i tak dalej... No cholera... prosty ten język bajo... ;-). Nie mieliśmy jednak okazji go przećwiczyć, nasz tłumacz jest z nami ;-).

czwartek, 6 sierpnia 2015

2015 - 15. Na północ wyspy

20.07.2015
(Sławek)
(tego samego dnia)

   Zjeżdżamy z Kelimutu. Po drodze robię fotki krajobrazom ale i konkretnym okazom drzew. Zauważam bardzo ścisłą korelację między moim obiektywem a zachowaniem Donatusa. Ledwo pomyślę o zrobieniu fotki on już się zatrzymuje. I to wcale nie w miejscach 'must see'. Pewnie wczoraj po drodze z Maumere do Moni wczuł się w te moje oczekiwania ;-). Odpowiada mi to, nie tracę czasu na wyjaśnienia itp. Coraz bardziej jestem przekonany do pomysłu wynajęcia samochodu z kierowcą, zamiast tłuc się 'public transport'.... [Całość posta niżej]

środa, 5 sierpnia 2015

2015 - 14. Kelimutu

20.07.2015
(Sławek)

   Puk, puk - słyszę jakieś ciche stukanie do drzwi. Pewnie sen. Po chwili się jednak powtarza ale już troszkę głośniej. Próbuję się wydostać spod prześcieradła.
Otwieram drzwi, tak to Donatus, nasz kierowca, owinięty szczelnie sarongiem pyta nieśmiało, czy zapomnieliśmy o wczorajszej umowie.
- Nie, no oczywiście, że nie zapomnieliśmy!
Donatus wczoraj z nami umawiał się, że jeśli będzie dobra pogoda to wyruszamy o 4 rano aby być przed świtem na wulkanie, jeśli zaś będzie słaba to wyruszymy o 7. Do końca nie wiedziałem o co chodzi z tymi godzinami i pogodą, a Donatus jakoś nie kwapił się z wyjaśnieniami. Teraz stoi przed naszymi drzwiami i ze szczerym uśmiechem pokazuje niebo i gwiazdy na nim.
- Daj nam 5 minut i zaraz będziemy w samochodzie - odpowiadam..... [Całość posta niżej]

piątek, 31 lipca 2015

2015 - 13. Flores

(post bez daty)
(SKiN)

     Flores. Wyspa magiczna, pelna zagadek, niespodzianek i niebezpieczenstw.
Dwa lata temu liznelismy ją zaledwie - Labuan Bajo i Komodo National Park. Rozpalila w nas ciekawosc. Od tamtego czasu marzylismy aby sie na niej znalezc. Prof. Antoszewski (z Nowej Zelandii) tez swoje 3 grosze dolozyl nakrecajac nas na ten zakatek swiata. Moze troszke inaczej - w mlodosci przeczytalem troche dziwnych ksiazek o prekursorach ludzkosci, ktorzy mieli mieszkac wlasie na tej wyspie. Pozniej - w latach dwutysiecznych, doszly dalsze informacje. To wszystko jakos sie wspolnie nalozylo na ten wlasnie wybor... [Całość posta niżej]

wtorek, 28 lipca 2015

2015 - 12. Caly dzien w podrozy

19.07.2015
(Karolina)

    Dziś zapowiada się ciężki dzień. Przed nami 3 loty. Najpierw z Ambon do Makasar. Wstalismy o 4.15. Przed piąta musimy być w określonym miejscu aby dostać się na lotnisko autobusem. Czekając na autobus dosłownie 10 metrów od nas pośrodku ulicy spaceruje sobie szczur. Nie wiem czy słabo zrobiło mi się z powodu gorąca czy na widoku szczura. Normalnie na bezczela sobie chodzi. Po 20 minutach czekania i nie doczekania sie na autobus, nie mamy wyjscia i bierzemy taksowke. Oczywiscie targujemy cene. Po 45 minutach docieramy na lotnisko. Szybka odprawa bagazy. Ten lot to tylko 1 godz. 40 min.... [Całość posta niżej]

poniedziałek, 27 lipca 2015

2015 - 11. Do szpitala?

18.07.2015
(Slawek)

   Od wczorajszego wieczora nic ku lepszemu sie nie zmienilo. Karolina coraz bardziej narzeka na bole brzucha.
Zastanawiamy sie nad pomyslem pojscia do lekarza. Mamy dobre ubezpieczenia (w tym miejscu uklony dla Pani Ani - naszej ubezpieczycielki), wiec jest to jakies rozwiazanie. Karolina jednak sie upiera, iz to tylko przejscowe bole.... [Całość posta niżej]

niedziela, 26 lipca 2015

2015 - 10. Powrot do Ambon

17.07.2015
(Slawek)

    Wstajemy o 5.30. O 7 rano mamy lodz do Ambon z Haria. Szybkie pakowanie obmycie twarzy. Zabieramy mokre ciuchy, ktore nie zdazyly wyschnac od wczoraj. Nie ma czasu aby cos przegryzc. Wychodzimy. Czekamy na Juliana, jego zone i syna. Trzema motorkami maja nas zawiezc do portu. Blisko - 20 minut jazdy skuterkiem. W koncu sa. Wsiadamy i jedziemy. Po drodze moczy nas deszcz. To z porannych mgiel tworza sie chmury. To tez pora monsunowa dla tych rejonow - nie ma sie co dziwic. W porcie stoi juz lodz. Szybko zegnamy sie z Julianem i jego rodzina, kupujemy bilety i pedem wsiadamy na sped boata.... [Całość posta niżej]

środa, 22 lipca 2015

2015 - 9. Dzungla

16.07.2015
(Slawek)

   Wczorajszy dzien zapadl nam w pamiec. Ciekawe doswiadczenie z gotowaniem.
Na dzis rano umowilismy sie ponownie z Julianem, planujemy pojsc do dzungli. Co prawda wczoraj troche sie powloczylismy ale bylo to po sciezkach. Marzy nam sie wejsc tak zupelnie na dziko, bez szlakow i sciezek, torujac sobie droge jedynie maczeta. Wczoraj na ten temat rozmawialismy z Julianem. Zgodzil sie..... [Całość posta niżej]

poniedziałek, 20 lipca 2015

2015 - 8. U Chinczyka

15.07.2015
(Slawek)

(tego samego dnia)

  Gdy zatrzymalismy sie w drodze na cypel i ostatniej wioski Ouw, gadalismy z Julianem o galce muszkatalowej i innych przyprawach. Probowalismy przetlumaczyc te nazwy na indonezyjski ale byl problem.
  Wiemy jednak, ze galka to 'pala', gozdziki to 'cengki', a pieprz to 'lada'. Swoja droga od galki bierze sie tez nazwa lokalnego jezyka - 'bahasa pala'.... [Całość posta niżej]

niedziela, 19 lipca 2015

2015 - 7. Na południe wyspy. Kulinarne doświadczenia.

15.07.2015
(Karolina)

  Wczoraj rano bylam pelna obaw co do wiarygodnosci Juliana i tego co chce nam pokazac. Slawek oczywiscie mnie uspokajal i mial racje. Po pierwszym dniu uznalismy ze kolejny rowniez spedzimy na zwiedzaniu wyspy na motorkach. Dzien zaczelismy od zakupow na miejscowym targowisku. Kupilismy ryby swiezo wylowione z morza, warzywa, owoce i niesamowicie intensywnie pachnacy olej kokosowy. Julian zaproponowal, ze dzis specjalnie dla nas ugotuje obiad w podziekowaniu za wczorajsze zaproszenie. Obladowani zakupami pojechalismy do jego domu rodzinnego w Paperu, aby zostawic zakupy. .... [Całość posta niżej]

sobota, 18 lipca 2015

2015 - 6. Wyprawa na motorkach

14.07.2015
(Slawek)

- Pobudka, wstajemy! - wydzieram sie ledwo otwierajac oczy, przyzwyczajony, ze zawsze sie gdzies rano spieszymy.
- No co ty tata, jest przed 7 rano - burczy Natka.
Slysze pianie kogutow i szum fal, tak bliski jakby chcialy sie dostac do naszego pokoju. Wstaje. Na zewnatrz i pochmurno i miejscami niebieskie niebo ale nie pada. Robie kilka zdjec na Morze Banda i staram sie obudzic dziewczyny.
Razem z Natka wpadamy do wody. Fale wysokie ale to fajnie, przeskakujemy kolejne balwany wody.... [Całość posta niżej]

piątek, 17 lipca 2015

2015 - 5. Saparua

13.07.2015
(Slawek)

(... tego samego dnia)
Plyniemy na Saparua. To jedna z 4 wysp Lease Island. Na mapce w LP wyglada dosc ciekawie. Pamietam jednak zdanie goscia z portu, ze tam raczej 'bule' nie plyna...
No coz - 3 raz w Indonezji to juz chyba takie 'bule' (czyli gringos) nie jestesmy.
Na pokladzie siedzenia ponumerowane, wiec kazdy zajmuje swoje. Jedno z nich z luznym i latajacym oparciem - komu moglo przypasc? Tak, tak... - Karolinie :-). Chcialem sie zamienic ale miedzy nami siedziala jeszcze jedna kobieta; nie bylo szans. ... [Całość posta niżej]

2015 - 4. Plyniemy na Banda Islands?

13.07.2015
(Slawek)

    Moluki. Archipeg ponad 1000 wysp rozsianych we wschoniej czesci Indonezji. Dziela sie na Moluki Polnocne i te wlasciwe - czyli Moluki (lub inaczej - Moluki Poludniowe). Wyspy te sa rozrzucone na Morzach: Banda, Moluckim, Seram i Timorskim pomiedzy duzymi wyspami Celebes na zachodzie, a Nowa Gwinea na wschodzie, zas od poludniowego zachodu zamykajacymi Nusa Tengara. To powierzchnia ladu zaledwie okolo 80 tys km2, na ktorej mieszka niecale 2,5 mln mieszkancow (glownie Indonezyjczycy i Papuasi). Najwieksze wyspy to: Halmachera, Seram i Buru.... [Całość posta niżej]

środa, 15 lipca 2015

2015 - 3. Ambon

12.07.2015
(Karolina)

   Trudno bylo sie dzis obudzic. Róznica czasu to az +7 godz. Wczoraj pytajac sie o sniadanie uslyszelismy ze jest pomiedzy 8 a 10. O 7.10 pukanie do drzwi - Pani przyniosla sniadanie...Jak widac pojecie czasu jest wzgledne.
    W koncu udaje nam sie zebrac i ruszamy. Najpierw zoltym bemo w kilka minut docieramy do Mardika Market. Otwieram portfel aby zaplacic i tak sie zastanawiam ile, bo tylko po indonezyjsku kierowca mowi, w koncu siedzaca obok pani wyjmuje mi z portfela wlasciwy bankot. ... [Całość posta niżej]

wtorek, 14 lipca 2015

2015 - 2. Na Poludniowe Moluki

9-11.07.2015 r.
(Karolina)

   Ruszamy z Warszawy do Istambułu. Po krótkim locie tym razem czekamy tylko 7 godz. na lotnisku na kolejny lot do Jakarty. Lotnisko jak lotnisko, zadna rewelacja. W koncu wsiadamy do samolotu. Lecimy Turkis Airlines. Przed nami ponad 11 godz. lotu do Jakarty. Mało miejsca na nogi, przy moim wzroscie 160 juz jest to problem wiec wyobrazam sobie co czuja inni majacy 170 cm i wiecej. Po dwoch godz. lotu dostajemy posilek - dosc kiepskie jedzenie. Przez kolejne kilka godz. wylaczono swiatlo aby sztucznie zrobic noc. .... [Całość posta niżej]

poniedziałek, 13 lipca 2015

2015 - 1. Nowa podróz

2015 - 1. Nowa podróz
(Karolina)

   No i zapadła decyzja, bilety kupione, lecimy! Po raz kolejny wracamy do Indonezji. Tym razem lecimy na Jawę do Jakarty. W 2010 r. byliśmy na Sumatrze, trzy lata później na Sulwezi + Komodo i Rinca oraz tylko przejazdem na Flores (Labuan Bajo). Pierwotne plany były inne: Birma oraz do decyzji Wietnam, Laos i właśnie Flores. Plany planami, ale jak człowiek jest elastyczny i podróżuje budżetowo, nie marudzi tylko chwyta okazje i kupuje tanie bilety a resztę da się dopasować.....
[Całość posta niżej]

niedziela, 12 lipca 2015

23 - Wyspa Hong Kong

27.07.2014 r.
(Sławek)

Pobudka rano. Dzis mielismy w planach poplynac do Makao. Rezygnujemy. Delikatnie mowiac wszyscy juz jestesmy zmeczeni. Dzis tez wylatujemy z HKG, a wiec upchanie jeszcze tego miejsca w naszej trasie byloby zwykla przesada. Do takich wnioskow dochodzimy i odpuszczamy pomysl. Jakas alternatywa? Stwierdzamy, ze zwiedzimy wyspe Hong Kong. Wczoraj zaledwie liznelismy ten kawalek Hong Kongu - skupilismy sie bardziej na Kowloon.
Wychodzimy z naszego hoteliku, wsiadamy do pietrowego tramwaju i jedziemy na wschod wyspy. Wysiadamy na ostastnim przystaku - zajezdni.
W poblizu jest lokalny targ. Nasze klimaty, idziemy! Jest tu wszystko, co zwiazane z jedzeniem, jak w typowej Azji. Kroluja oczywiscie ryby i inne owoce morza. Przepychamy sie miedzy straganami. W koncu bodzce smakowe wymuszaja na nas decyzje - jemy sniadanie. W uliczce opodal znajdujemy lokalna resteuracyjke. Wchodzimy. Sami Chinczycy. Wszyscy wzrok kieruja na nas. Troche nieswojo ale znajdujemy wolny stolik w rogu. Podchodzi kelner. Niestety nie mowi po angielsku, nie maja tez w tym jezyku menu. W pelni zdajemy sie na wyczucie kelnera, ktory zachwala poszczegolne pozycje 'w krzaczkach'. Losowo wybieramy 3 rozne - najwyzej sie wymienimy  z dziewczynami (ja zjadam wszystko... ;-) ).
W koncu dostajemy po pozadnej misce zupy z pierozkami/mieskiem i warzywami. Smaczne :-). Tutejsze sniadanie jak nasz obiad - ale widze, ze tutejsi jedza mniej wiecej co my. Jest dobrze :-).


Ufff... Kalorie trzeba spalic. Idzemy na nadbrzeze. Chcemy zobaczyc lokalny port.
Po drodze mijamy swiatynie chinska. Wchodzimy? A jakze!

Wejscie do swiatyni.

W srodku. Klimat jak z horrorow - polmrok, zapach kadzidel i dziwne spojrzenia Chinczykow...

A my? .... Robimy zdjecia ;-)

Podwieszane kadzidla. W zasadzie ozna kupic wszystko w darach dla ich bozkow - kadzidla, papierowe wersety modlitw do spalenia, zywnosc pozostawiana przed figorkami ich swietych...

A oto jeden z nich....

Czyz Cejrowski nie mial racji mowiac iz ichniejsza wiara (podobnie jak wiara w Budde) to wiara w demony i szatana? Czyz Cos dobrego, w co sie wierzy posiada rogi i kly?...      :-\

Miejscowy opiekun swiatyni. Niezbyt zadowolony z naszej obcnosci....

Modlitwy palone w piecu modlitewym... Mozna nabyc gotowe lub napsac samemu.

Trafiamy w koncu na nabrzeze. Takie wolne od zgielku i turystow. W oddali widac wiezowce. Jednak na 1 planie - to co nas najbardziej interesuje - zycie rybakow. Tu czas sie zatrzymal...

... drewniane lodki przenosza nas w czasie.

Wiemy, ze opodal tetni zycie, ze na 1 m2 upakowanych jest wiele, wiele ludzi (Chinczycy potrafia budowac...)...

... my sie jednak skupiamy na zyciu rybakow. Obserwujemy prymitywne lodki, ktore przybijaja lub odbijaja od nabrzeza.



Chwila wytchnienia w jednym z licznych miejsc relaxu. To tutaj mieszkancy okolicy moga spedzic wolny czas.

Idac wzdluz portu trafiamy do kolejnej swiatyni.

W powietrzu unosi sie duszacy zapach kadzidel.

Bostwa podobne do tych ogladanych w poprzedniej swiatyni.
Nic tu po nas. Jakos nie bardzo chce nam sie ogladac kolejne miejsce kultu.... dla nas - demonow :-/

Dzis jest niedziela. Trafiamy w koncu do kosciola.

Po mszy lecz w srodku jeszcze grupki osob. Zainteresowla sie nami pewnaa Chinka, opowiada o zyciu parafi. Dostajemy nawet w prezencie album katolicki o kosciele w HKG, niestety ... w 'krzaczkach'...

Na miejscu probujemy odspiewac nasz ulubiony Psalm - 23 ale troch slabo nam wychodzi... ;-)

Podonie jak z Ewangelia Sw. Jana...

Wsiadamy do tramwaju i jedziemy na przeciwlegly koniec wyspy.




W samym centrum zamkniete ulice. Zbieraja sie tlumy Azjatow, biesiaduja na kartonach w roznych grupkach. Poczatkowo nie wiemy o co chodzi...

Dowiadujemy sie szybko, ze to liczni filipinscy emigranci, ktorzy pracuja jako pomoc domowa oraz pracownicy niewykwalifikowani przez 6 dni w tygodniu, zas niedziele maja wolna. Wybieraja wspolne z pobratymcami spedzenie czasu. Nie maa swojego kata, wiec spotykaja sie na ulicach centralnej czesci HKG. Graja w karty, czytaja, wspominaja...

... czasem tez organizuja wspolne tradycyjne przedstawienia...

... ktorych wartosc kulturalna ocenia ... filipinska komisja ;-)


Wracajac do hotelu trafiamy tez na protesty emigrantow palestynskich - na znak sprzeciwu wobec agresji Izraela.

W hotelu pakujemy sie i wychodzimy. Na migi dopytujemy sie naszej chinskiej recepcjonistki, jak najlepiej i najszybciej trafic na lotnisko. O dziwo - dogadalismy sie. Zrozumiala nas i podpowiada najtansze rozwiazanie - autobus bezposredni na sztuczna wyspe z lotniskiem. Zegnamy sie z obsluga i wychodzimy. o dziwo nasza recepcjonistka idzie za nami. Moze do sklepu? A gdzie tam, staje obok nas na przystanku. Upewnia sie, ze wsiadamy do wlasciwego autobusu. No pelen szacun - jak mawiaja mlodzi... ;-). Jestesmy pod wrazeniem.

Na lotnisku przebieamy sie w swieze ciuchy i .... lecimy!

To nasz A 380. Po wejsciu na poklad Natka zauwaza, ze lecimy zamiast do Dubaju to do Bangkoku. Co jest? Wolamy obsluge ale podobne pytania maja inni... Okazuje sie, ze linie polaczyly loty i jest tam wlasnie miedzyladowanie. Historia w zasadzie bez znaczenia gdyby nie to, ze w BKK mamy 2 godziny przerwy. Mozemy wyjsc na lotnisko lub zostac w samolocie. Zostajemy. Pytam stewardesse czy istnieje szansa aby corka weszla na gorny poklad samolotu. Ona przeczaco kreci glowa, jednak po 0 min. podchodzi do nas przelozona stewardess i pyta kto chce zwiedzic 2 pietro samolotu. Oczywiscie - Natka :-). Jednak szybko dopytuje czy moge dopilnowac corki.... ;-). Wchodze razem z nimi :-). Szlag trafil baterie w aparacie. Musicie uwierzyc na slowo. Tam jest luxus. Ale i cena biletu 3-4 razy drozsza. Wolimy sie 'pomeczyc' w economy.... ;-).

W koncu docieramy do celu - do domu. Bo tu sie zawsze wraca po przygodach :-)
Oprocz Rodzicow, ktorzy zgotowali nam szumne przyjecie, czekal na nas Michas!!! Stesknil sie chlopak za nami, a jego tekst, ze postepujemy nie fair bo bierzemy Natke na fajne wyprawy a jego zostawiamy tylko z dziadkami wycisnal nam lzy z oczu. Pojechalismy z nim nad Baltyk - tony piasku, kubelki wody i noclegi w namiocie - chyba byl zadowolony .... ;-).
Natka tylko nam po cichu powiedziala, ze nie dala by sie tak nam 'wmanewrowac' ... ;-) i nawet w plecaku ale by pojechala z nami do Azji... ;-)


To koniec naszej przygody w tym roku.
Tradycyjne podziekowania slemy tym wszystkim, ktorzy przyczynili sie do niej.
Oczywiscie Bogu, bez ktorego pomocy pewnie nic by nam nie wyszlo, Rodzicom, ktorzy zostali z Michalem, i Wam czytelnicy tego boga za kibicowanie i komentarze :-).
SKiN

sobota, 11 lipca 2015

21 - Hong Kong i Kowloon

26.07.2014 r.
(Sławek)

Tak jak piasala Karolina dzien wczesniej. Bylismy zalamani. Czym? Nasza niefrasobliwoscia. Zawsze udawalo nam sie zdobyc nocleg tam gdzie bylismy. Raczej nie bylo z tym wiekszego problemu, az tu naraz... Trudno. Jakos i tym razem nam sie poszczescilo. Trzeba jednak zaznaczyc ze nie byl to szczesliwy poczatek w HKG.
Nasz kuzyn Tomek przemierza ten szlak bardzo czesto lecz nie przyszlo nam do glowy, ze musimy prosic o wsparcie lostyczno-noclegowe...

Tu zdobywamy nocleg. Wlascicielka ni w zab po angielsku. Za chwile Natka padnie na swym lozku...

Rano wstajemy z niemalym kacem moralnym. Jak to sie stalo, ze nie zadbalismy o ten kawalek naszej podrozy...
Wychodzimy z hoteliku. To jeden z wielu drapaczy chmur. Nasz 'hotelik' to zaledwie 1 pietro w tym budynku. Cos trzeba zjesc na sniadanie. Znajdujemy jakas loklna knajpke. Wyglada dosc zachecajaco - zaciaga tam przechodniow ulicznych, wiec i nas zaciagnelo :-). Tosty, dzem, bagietki...? Nic z tych rzeczy. Na sniadanie serwuja pikantnego kurczaka, ryze i makarony we wszelkiej postaci, pod warunkiem, ze sa na ostro, wszelkie chinskie zupki i ... co tam jeszcze...
Kazdy z nas cos wybiera. Jest z tym pewien problem - menu w 'krzaczkach', sa tylko obrazki, zdajemy sie na nie przy zamowieniu. Czysta loteria. Najtrafniej wybrala Natka - zupke z makaronem na pikantno z wkladkami. Nam sie mniej poszczescilo. Jednakze chodzilo o zapelnienie deficytu w zoladku na kilka godzin.

Rano pada. Zastanawiamy sie co jesli tak caly dzien...?

Wsiadamy do tramwaju. 2-pietrowego. To drugie miejsce gdzie tego typu pojazdy wystepuja. Z dedykacja dla Macka Baura.

2 pietrowe tramwaje jezdza tylko na wyspie. Po Kowloon juz nie.

Hong Kong robi wrazenie pod wzgledem budowli.

... aczkolwiek przy budowie drapaczy trzeba czasem sorzystac z .. bambusa... ;-)

Przeplywamy z wyspy Hong Kong na staly lad, czyli Kowloon.
Chcemy sie poszwedac po lokalnych uliczkach, generalnie poczuc klimat z licznych opowiesci o tym miejscu.

Niespodziewanie Karolina oznajmia, ze wlasnie w tej knapecce moglibysmy cos zjesc. Zatrzymuje sie jak wryty..., wszak to prawie slepa uliczka. Pytam:
- Karolina, no co Ty, napewno? Przeciez w srodku sa tylko 3 stoliki. To fajne miejsce ale dla lokalersow... - zona odpowiada:
- tu jemy i koniec - no coz jak koniec to koniec, zatrzymujemy sie przed knajpka, kelnrka, ktora cos jadla przed wejsciem omal nie spadla z krzesla, gdy poprosilismy o menu.
Menu. Tiaaaa.... Oddzielny temat. Albo krzaczki - czyli kantonski lub mandarynski (nie nauczylismy sie rozpoznawac ale wszystko przed nami). Wybieramy.Kazdy ma swoje typy. Natka z Karolina wybieraja cos na ksztalt pierozkow mo-mo (znanych nam z Tybetu). Ja wybieram mieso. Tzn. zupe z miesem. Fajnie wyglada na reklamie na scianie. Coc po minie kelnerki juz swego wyboru tak pewny nie jestem... Spoko, przeciez to tylko jedzenie, mysle sobie... No wlasnie - czy tylko musimy zapchac brzuchy aby nie byc glodnym? Co ze smakiem, co z trudami uzyskania produktow, a nastepnie przyrzadzenia potrawy? My w Europie czesto jestesmy skazani (i co boli bardziej - sami wybieramy) smieciowe zarcie - Mc Donald, KFC, wszelkiego rodzaju pizzerie zapominajac o jakosci i trudzie przyrzadzenia dobrego posilku.
Tymczasem czekamy na swoje posilki.
Dostajemy. Miseczki pelne strawy. Pachnie obiecujaco... Jednak mina naszej kelneri dalej pozostaje sceptyczna... Co jest? - mysle sobie - z karaluchow przyrzadzaja te dania?


Kuchnia 1,5 x 2 m - da sie? Da!

Moja strawa. Nie mialem pojecia co zamawiam (na obrazku wygladalo ponietnie). Kawalki zoladka wieprzowego i (to ciemniejsze) kawalki sparzonej surowej watroby. Oceniam na szybko - to pierwsze jest dluzej gotowane; watroba w zasadzie surowa ale jako jedno z nielicznych czesci swini wolny od włosnia czyli grozngo pasozyta. Smakuje zupe. Pyszna! Wszystko optymalnie doprawione. Tak jak lubie. Zajadam sie warzywami al'dente surowa watroba i zaladkiem. Wszystko wspolgra smakowo. Dziewczyny zajadaja sie swoimi daniami. Wrazenia podobne do moich.
Pod koniec ocieram usta reka - smakowalo mi :-). Widze tez skryte spojrzenia kucharza; jest ciekaw wrazenia bialasow.

Wchodze do jego krolestwa. Okiem pytam czy moge. Usmiechem odpowiada, ze tak. Karolina uwiecznia moje podziekowania :-)

Przez dlugi czas wloczymy sie po uliczkach Kowloon. Napotykamy lokalny targ. Widzimy fajne obazy malowane farba - dobry gift dla nszych najblizsych. Dla nas pamiatka z podrozy zostaja dwie 'rzeczy' - zdjecia i wspomnienia.
- A blog tata? - dopytuje Natka - tak, w pewnm sensie tez. To utrwalenie na pismie naszych wspomnien.
- Tak, masz racje Natalia. To tez pamiatka. Pamiatka, ktora dzielimy sie z bliskimi.

Wracamy na wyspe, czyli wlasciwy Hong Kong. Jedziemy do dzielnicy biznesowej. Same wierzowce. Rozpatrujemy sie jak dostac sie na najwyzszy punkt - Wzgorze Victorii. Mozna na dwa sposoby: albo kolejka torowa albo autobusem. Wybieramy ten drugi sposob, wiedzac, ze przed zachodem slonca kolejki na kolejke sa makabryczne.
Docieramy na wzgorze po zachodzie slonca.
Widok na Kowloon i okoliczne wierzowce robi wrazenie:

Widoki ze Wzgorza Victorii

... cd.

Historyczny wagonik kolejki, ktora docieralo sie na Peak Victorii (dedykacja dla Macka)