wtorek, 20 sierpnia 2013

Komodo

31.07.2013 r.

   Nie mija godzina od wypłynięcia, gdy dobijamy do przystani w okolicach siedziby Komodo National Park. Tu podobnie jak na Rince - przepychanki między łódkami, ich linami cumowniczymi oraz tymi, które przytrzymują kotwice. Już nawet nie staram się połapać jak oni to robią, że jednak zawsze jest możliwość wyjścia na ląd. Czasem trzeba przejść przez pokład innej łodzi. Wychodzimy na pomost/molo, jego drewniane słupy są oblepione skorupiakami.



   Niestety, jak przy większości portowych miast i wiosek, tak i tu daje się zauważyć negatywny wpływ człowieka na środowisko wodne - w zatoce pływają odpadki zarówno organiczne (np. skórki od owoców) jak i te dłużej rozkładające się (plastikowe butelki). Jest to bardzo duży problem Indonezyjczyków. Ich mentalności. Traktują akwen wodny jak śmietnik do którego wrzuca się wszystko co już się nie przyda. Podobnie sprawa wygląda z lądem - nikt nie przejmuje się kolekcjonowaniem śmieci; nawet jeśli przy jakiejś ulicy jest kosz, to i tak śmieci lądują w rowie lub bezpośrednio na ulicy. Dla nas - ludzi z Europy, jest to ciężkie do zaakceptowania. Na początku chyba każdy stara się zwrócić uwagę, że nie tak się powinno postępować z Matką Naturą ale po kilku takich uwagach dopada rezygnacja. Widząc zdziwienie, czasem obojętność w oczach 'tubylca' i pytanie 'co on chce?', rezygnuje każdy. W Ampanie, gdy płynęliśmy na nurkowanie z naszym znajomym rybakiem - Ambre, miałem pewne opory. Czy wypłyniemy możliwie daleko od miasta aby nie zanurzać się w ściekach? Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilkuset metrach od portu woda była błękitna. Fakt w odległości nawet kilku kilometrów spotykaliśmy jakieś pływające bez właściciela klapki lub plastikowe torebki ale na czystość wody i życie podwodne rafy nie miało to znaczenia. Czasem nurkując w miejscach uczęszczanych przez rybaków, na dnie spotykaliśmy jakieś cywilizacyjne artefakty, które mąciły piękno podwodnego świata. Jednak mnie co jakiś czas dopadają przemyślenia dotyczące pojemności naszej Planety. Ale o tym może kiedyś...
   Tymczasem wychodzimy na ląd. Jest wcześnie rano. Przed siedzibą Parku widzimy puste stragany, zapewne ich właściciele to muzułmanie - odsypiają nocne świętowanie ramadanu. Dochodzimy do budynków KNP.



Nie musimy kupować biletów - są ważne te, które kupiliśmy dzień wcześniej na Rince. Płacimy jedynie za obowiązkowego przewodnika. Okazuje się, że pójdzie z nami dwóch. Mam tylko nadzieję, że nie będą takimi milczkami jak ten z Rinca. Wspólnie z Francuzami wybieramy trasę. Najdłuższą, a jakże ;-) Tym razem nie widzę zrezygnowanego grymasu na twarzach naszych guide'ów. Idą z uśmiechem na twarzy - jak w pochodzie pierwszomajowych w czasach PRL-u - pomyślałem. Każdy wyposażony w swój rozwidlony na końcu kij. Pytam się czy i ja mogę taki dostać (ostrożności nigdy nie za wiele... ;-) ). Odpowiadają, prężąc muskuły, że nie ma takiej potrzeby. Idziemy. Już na samym początku naszego tripu, przewodnik pokazuje nam stado białych papug, siedzące na jakimś obumarłym drzewie. Zmieniam obiektyw i pstrykam. Tom ma także Nikona, więc proponuję mu skorzystanie z teleobiektywu. Jego szczery uśmiech jest wystarczającą nagrodą za kumplowski gest. Przewodnicy z Komodo okazali się przeciwieństwem tego z Rinca. Jeden, idący na przodzie, cały czas wskazuje na jakieś ciekawostki ze świata przyrody. Drugi, zamykający nasz pochód, stara się pokazać palcem to wszystko co dla nas może być ciekawe (ze względu na ograniczenia językowe jest skazany głównie na gesty).
   Na naszej ścieżce przewodnik coś wypatrzył - to odchody łaskuna, tego od najdroższej kawy - kopi luwak. Zainteresowanie duże. Prawie na miejscu, bez wyczyszczenia i uprażenia chcemy posmakować smak tej kawy ;-). Wiemy jednak, że ta która jest w sprzedaży, pochodzi głównie z hodowli fermowych tego zwierzęcia, które jest karmione ziarenkami kawy. Dowiadujemy się, że sam łaskun jest  wszystkożerny i nie pogardzi nawet szczurem (i w tym momencie stał się ulubionym zwierzęciem Karoliny :-) ).
   Przez chwilę idziemy w ciszy. Słychać tylko krzyki papug i odgłosy świerszczy. Idę z tyłu ale kątem oka zauważam zastygniętą w bezruchu postać przewodnika. Kilka osób spogląda w jeden punkt w dżungli. Patrzę i ja. Jest! To jeleń timorski. W jego naturalnym środowisku :-) Jest wielkości naszego daniela, zdecydowanie mniejszy od jelenia szlachetnego, znanego z naszych polskich lasów. Czasem nazywany sambarem sundajskim. Jestem leśnikiem, pisałem pracę magisterską z jeleniowatych i bardzo chciałem go zobaczyć (sam nie wiem czy nie bardziej niż warany), nie udało się na Sulawesi (to największa wyspa na której występuje), za to udało się na Komodo. Pstrykam zdjęcia. Wyjmuje kamerę ale po chwili zwierzę znika w zaroślach. Jestem szczęściarzem :-) Sprawdzam tylko, czy zdjęcia zapisały się na karcie, czy ostrość dobra i ... idziemy dalej. Przewodnicy już wiedzą, że jestem 'hamulcowym', więc starają się dopasować tempo marszu do mojej migawki w aparacie ;-).
   Dochodzimy do jakiegoś dziwnego kopca. Przewodnicy wskazują na kilka otworów w nim wykopanych. Mówią, że to gniazdo samicy warana. Uspokajają niektórych z nas, mówiąc, że już nieczynne. Samica składa niekiedy i 20 jaj. Przez kilka miesięcy inkubacji opiekuje się gniazdem, później je opuszcza. Znowu krótki reportaż a'la Cejrowski. Zostajemy z Karolina w tyle.
    Co jest? Widzę poruszenie na przodzie. Wszyscy wpatrują się na czubek jakiegoś drzewa i pokazują coś ręką. Nie krzyczymy, nie mówimy nawet głośno, więc domyślam się że widzą jakiegoś ptaka, być może jakieś inne papugi, których liczne stada już mijaliśmy. Dochodzę do nich. Mark szepcze mi do ucha, że to mały waran siedzi wysoko na pniu usychającego drzewa. Niemożliwe. Wytężam wzrok, widzę jakąś wystającą gałąź. Okulary mam dobre, Mariusz przed wyjazdem przebadał mój wzrok i wszystko było OK. Jak nic - gałąź. Jednak przypomina mi się opis z Lonely Planet - młode warany mogą wchodzić na drzewa. Wtem, kawałek drewna się poruszył. Teraz już wiem - to młody waran. Spoglądam jeszcze pytająco na anglojęzycznego przewodnika, skinął delikatnie głową i uśmiechnął się jakby chciał powiedzieć: "a nie mówiłem, że zobaczycie dzikiego warana". Za daleko na standardowy zoom, wyjmuje teleobiektyw ze stabilizacją, kadruję naciskam migawkę. Na szyi czuję oddech Toma, który już nie może doczekać się na swoją kolej wykorzystania obiektywu. Odchodzimy dalej aby nie niepokoić zwierzęcia. Przewodnik informuje nas, że warany do 3 lat, większość czasu spędzają na drzewach. Jest to ich behawioralny sposób na przetrwanie. W tym czasie są zagrożone przez wielu drapieżników: ssaki, ptaki a niejednokrotnie przez inne, starsze osobniki tego samego gatunku (kanibalizm jako łatwa forma zdobycia pożywienia). A młode warany, które dzieciństwo spędzają na drzewach, codziennie poranne godziny spędzają na wystawianiu skóry na promienie słoneczne. Wiadomo - zmiennocieplne gady.
   Co chwila nowy obiekt zainteresowań, nowe zwierzę, nowa roślina, ciekawe formy. Zastanawiam się czy starczy mi kart pamięci w aparacie i kamerze do końca wyprawy, gdy naraz widzę wysoko uniesiony kij przewodnika. Wszyscy wpadają na niego. Biedaczysko ledwo się podniósł. Przed nim dorosły, potężny waran. Spogląda na nas. Zaszliśmy mu drogę. Wpatrujemy się w siebie. Musimy ustąpić. On jest u siebie - to jego dżungla, jego koryto na poły wyschniętej rzeczki. Wśród nas ogromne poruszenie. Pierwszy raz spotykamy smoka z Komodo w jego naturze. Nie przy domku, czy restauracji, która serwuje łatwe żarcie. Ten jest z natury. Dyskretnie robię zdjęcia, filmuję. Nie możemy się napatrzeć. Zastanawiamy się czy on spogląda na nas jako potencjalne smakowite ofiary, czy jako przeszkodę na swej drodze.



Omijamy go i idziemy dalej. Po pół godzinie dochodzimy do starego wyschniętego koryta rzeki. Jest stara budka na palach, kryta bambusem. zatrzymujemy się w tym miejscu. Przewodnik mówi, że to miejsce do podglądania godów waranów. Mówi też, że 200-300 metrów stąd w 1974 roku zaginął pewien szwajcarski turysta; odłączył się od grupy osób, która eksplorowała wyspę. Po dwóch dniach znaleziono w pobliżu aparat fotograficzny i potłuczone jego okulary. Podobno jest kamień upamiętniający ten tragiczny incydent. No cóż... ciekawość świata wiąże się z ryzykiem, on je poniósł i nie przeżył. Idziemy dalej, korytem wyschniętej rzeki. Po bokach w burtach przewodnicy pokazują nam jamy po gniazdach samic smoków z Komodo. Czuć wśród nas napięcie i pewien dreszczyk grozy. Udziela się on i mnie. Zastanawiam się czy to tak perfekcyjnie zaplanowana przez przewodników narracja, czy faktycznie istnieje realne zagrożenie. Postanawiam to wykorzystać :-). (Ci którzy mnie znają osobiście wiedzą, że nie stronię od dowcipów i żartów.) Wszyscy przede mną, za mną tylko Mark i przewodnik zamykający pochód. Naraz skaczę do tyłu, łapię Marka za rękę i krzyczę: "Mark be careful!!!". Cholera. Zrobiłem to zbyt realistycznie. Mark wyskoczył na 2 metry w górę. Przewodnik zamiast nas bronić, zaczął uciekać do tyłu.... a ja?, dziękowałem Bogu, że to nie szedł Tom i nie miał właśnie w rękach Nikona z moim obiektywem... ;-). Mark się śmieje, całe szczęście, że się nie obraził. Swój chłop.
   Wychodzimy z dżungli i zaczynamy wspinać się po zboczach w górę. Co chwila przepiękne obrazki na rozpadliny i doliny, cudnie prezentuje się też zatoka morska. Dochodzimy na dość spore wzniesienie. Na łące słychać nieziemskie odgłosy świerszczy. Nagrywam. Chwila odpoczynku i schodzimy już w niższe partie.



Po godzinie dochodzimy do zabudowań Parku. Tak jak myślałem i tu w pobliżu jadłodajni kłębi się kilka smoków. Korzystam z okazji i im też robię zdjęcia. Ale to spotkanie nie robi już na mnie takiego wrażenia jak to przed 2 godzinami. Zauważam też chmarę jeleni timorskich. Część samców traci już poroże. Odchodzimy. Dziękujemy przewodnikom. Okazali się skarbnicą wiedzy. Dzięki ich obserwacjom i opowieściom mogliśmy obserwować kawałek niesamowitej legendarnej przyrody. Przychodzi mi na myśl historia z Nikolasem w Tana Toraja. Czasem warto eksplorować coś na własną rękę (dobrze jest wtedy teoretycznie przygotować się pod kątem obiektów które zwiedzamy), przeżywamy wtedy super przygodę, a czasem warto skorzystać z usług miejscowego (to ważne - miejscowego!) przewodnika, wskaże nam to co sami byśmy pominęli.
   Idąc do portu, oganiamy się przed napastliwymi sprzedawcami rękodzieł (co chcieliśmy, kupiliśmy dnia wczorajszego na łódce, od miejscowych rybaków). Wsiadamy do łajby. Odpływamy.
   Wizyta na Komodo okazała się, przynajmniej dla mnie, nieporównywalnie ciekawsza, niż ta - dnia poprzedniego, na Rince. Dlaczego tak? U Jacka Stefańskiego odczucia były odwrotne. Czy to sprawa wybranej trasy (wybraliśmy najdłuższe jej warianty na obu wyspach), czy też kompetencji i życzliwości przewodnika. Nie wiem. Jako leśnikowi i przyrodnikowi przychodzi na myśl jeszcze jeden powód - na Komodo byliśmy wcześnie rano, wtedy kiedy duża część zwierząt budzi się po nocy do życia; na Rince byliśmy po południu - skwar i potrzeba poszukania schronienia.
   Niemniej, zarówno jedna jak i druga wyspa, okazała się niezapomnianą przygodą. Spotkania z waranami, jeleniami timorskimi, bawołami błotnymi, małpami i wieloma, wieloma innymi ciekawymi zwierzętami. O roślinach i krajobrazach nawet nie wspominam. Przez pewien czas nie byłem przekonany o słuszności wyboru. Pamiętacie wątek "It's up to you"? Po archipelagu Togeanów zastanawialiśmy się gdzie dalej pojechać/popłynąć/polecieć. Chciałem na północ, wyszło na południe. Ale nie żałuję. Tak, wiem, wiem... pojawi się tu pewnie wiele komentarzy płci pięknej, w stylu: "zawsze trzeba słuchać kobiet"... Odpowiem wtedy: "nie zawsze ale czasem tak! :-)"


Przewodnik wskazuje palcem na mapie miejsce gdzie się znajdujemy

Wybieramy naszą trasę. Oczywiście najdłuższą (jest jeszcze jakaś adwenture ale tyle czasu już nie mamy)

Patyczak - owad wyglądem przypominający gałązki. Dość dużych rozmiarów. Nie, to nie ja oderwałem mu tylna lewą nóżkę.

Odchody łaskuna. Zastanawiamy się czy na miejscu nie zaparzyć z nich najlepszej kawy - kopi luwak... ;-)

Samiec jelenia timorskiego, zwany też sambarem sundajskim.

Niestety był bardzo płochliwy. Podczas jego ucieczki, próbowałem panoramować ale jakość - jak widać :-(

Owoce tamaryndowca indyjskiego. Bardzo pyszne, kwaśne. Dojrzałe nawet ciutkę słodkie

Niektórzy w nich zasmakowali :-)

Kolorowe ptactwo.

Kopiec/gniazdo w którym samica warana złożyła jaja.

Mały waran dorastający w koronach drzew. Tylko tam mają szansę dorosnąć do bezpiecznych wymiarów. Ten o poranku wygrzewał się na słońcu.

Dorosły dziki osobnik, którego spotkaliśmy na naszej ścieżce przez dżunglę.

Dzikie kuraki, prawdopodobnie indyki - częsty łup smoków

Dzikie storczyki  na drzewach. Z dedykacją dla czytającej ten blog płci pięknej :-)
 
 Chatka do podglądania godów waranów. W pobliżu miejsce, gdzie pewien Szwajcar tragicznie dokończył żywota.
 
 

Idziemy okresowo wyschniętym korytem rzeki. Napięcie sięga zenitu. W podobnej scenerii żartuję z Marka :-)
 

 Roślina, której nazwy nie pamiętam, nazywana przez miejscowych drzewną dynią
 
 
Jak wyżej, w większej liczbie.   
 
 
Autor postu wraz z córką
 
Natalia i Karolina 
 
 
Widoki na wzgórza Komodo.
 
 Kolorowe ptactwo
 
Orzeł 
 
 
 
 
Waran wylegujący się w pobliżu siedzimy Parku.
 
Jelenie timorskie w pobliżu siedziby Parku 
 
 
 
Tak się kończy przygoda ze smokami z Komodo jeśli zbyt blisko się do nich podejdzie ... :-(
 
 

Wyświetl większą mapę

3 komentarze:

  1. Z opisu nie wynika jasno, czy Tatus podrzucil Natke smokom, jak to bylo swego czasu pod Wawelem dla dobrego zdjecia, i czy Natalka zostala zjedzona w calosci czy tylko czesciowo. Przyszlosc to wyjasni. A przy okazji, smoki glownie posluguja sie kompletem bardzo zjadliwych bakterii. Zarazaja, a potem postepuja cierpliwie za ofiara. Szkoda byloby panienki..
    ciekaw skutkow -
    RA

    OdpowiedzUsuń
  2. A tatuś odpowiada - to żart. Natka była wśród drewnianych smoków, ustawionych do potrzeb zdjęcia, ale udało się! ;-) Profesor uwierzyl :-). Co do sposobu zabijania - to chyba tak nie do końca z tymi bakteriami..., jakiś czas temu spotkałem się z artykułem który opisywał znaczącą rolę jadu w uśmiercaniu ofiary. Jad ma podobno właściwości silnie antykrzepliwe - więc śmierc z wykrwawienia. Na takie skutki jednak pozwolić sobie i swej latorośli nie moglbym ... :-). Acz za komentarz serdecznie dziekuje. Jest Pan wiernym naszym czytelnikiem - doceniamy to :-) Pozdrawiamy. SKiN

    OdpowiedzUsuń
  3. Nawet ja się nabrałem. Teraz to już widzę ,że oko smoka jest nienaturalne.Ale na usprawiediwienie dodam, że nigdy nie widziałem warana na żywo.
    Pozdrawiam.MF

    OdpowiedzUsuń