piątek, 2 sierpnia 2013

Rafa, meduzy

22.07.2013 r.

Rano wyplywamy lodzia w miejsce, gdzie rafa rozposciera sie pod powierzchnia wody. Plyniemy jakas godzine. Dobrze, ze lodz jest zadaszona (lodzie, ktore tu plywaja zazwyczaj maja niski dach z bambusa lub bananowca - maja po bokach po dwa plywaki, ktore stabilizuja lodz podczas rejsu; maja tez po dwa silniki, ktore napedzaja sruby umieszczone na wysiegnikach - mozna w ten sposob wplynac w dosc plytkie miejsce). Doplywamy do miejsca zwanego przez miejscowych "Hotel California". To pusty dom, buda, szalas na palach, stojacy samotnie na odleglej rafie. Widok niesamowity - w poblizu zadnej wyspy a tu z morza wystaje chata.

Hotel California.

Okazuje sie, ze pod spodem - pod woda jest ciag podwodnych atoli, wokol ktorych rozwija sie kolorowa, przepiekna rafa.  
Kotwiczymy w pewej odleglosci od rafy - tak aby jej nie uszkodzic. Wskakujemy w maskach do wody. I tu musze zaznaczyc, ze caly czas mielismy watpliwosci czy byl sens ciagnac ze soba z Polski wlasny sprzet do snoorkowania - pletwy, maski, rurki, nawet pianki. To byl dobry wybor. Na miejscu bylismy niezalezni.
Oddalismy sie ogladaniu rafy, ryb i calego swiata podwodnego.



Woda jest przezroczysta. Widocznosc na kilkadziesiat metrow. Ogladamy pionowa sciane rafy, ktora zapada sie pionowo w dol. Wplywamy tez na plycizne, gdzie rozne korale i ryby sa na wyciagiecie reki. Woda ma temperature ludzkiego ciala lub wyzsza. Refleksy swietlne, ktore powstaja po rozbiciu swiatla na rozne widma przypominaja mi film Lucka Bessona - "Wielki blekit". Od swiata podwodnego mozna sie uzaleznic.
Plyniemy dalej. Po godzinie doplywamy do piaszczystej plazy.


 
Rafa daleko. Na brzegu kroluje blekitna woda i piasek. Wyskakujemy, taplamy sie w niej jak szaleni. Natka jest w swoim zywiole. Dzieci naszych znajomych Slowencow tez. Po pol godzinie posilek. Przyplynal razem z nami na lodzi.

Po obiedzie plyniemy dalej. Kilka chwil i jestesmy na kolejnej plazy. Juz wiem jakiej. To dojscie do laguny. Jeziora wewnatrz wyspy. Faktycznie, przechodzimy kilkanascie metrow z plazy i widzimy lagune. Schodzimy na sztuczny pomost (zejsie bez niego do wody byloby cholernie trudne) i juz jestesmy w wodzie. Plywamy, a wokol nas... meduzy!...



O ile najczesciej meduzy to niebezpieczne stworzenia - maja zdolnosc parzenia (najbardziej niebezpieczna - kostkomeduza moze zabic 60 doroslych osob) to te w lagunie sa lagodne jak baranki. Utracily zdolnosc parzenia wiele setek, czy tysiecy lat temu, gdy ruchy tektoniczne zamknely je w lagunie, a brak naturalnych drapieznikow nie wymagal od nich zdolnosci obrony.


Plywamy, wokol setki, tysiace pomaranczowych, miesistych meduz. Roznych wielkosci: malych, srednich i takich calkiem duzych - dochodzacych do kilkudziesieciu centymetrow.



Wspaniale doswiadczenie. Ocierasz sie o meduzy i nic sie nie dzieje. Meduzy jakby wyczuwaly brak agresji z naszej strony - podplywaja pod nasze maski :-)


Robie zdjecia aparatem z oslona podwodna. Udaje mi sie takze przestawic aparat na funkcje kamery. Kilka zarejestrowanych krotkich filmow (mam nadziej na zlozenie juz w Polsce czegos ciekawego).
Ja i Natka zatracamy poczucie czasu. Ktos krzyczy w brzegu, to Karolina. Okazalo sie, ze zostalismy sami w wodzie. Reszta juz dawno siedzi w lodzi i na nas czeka. W pospiehu zegnamy sie z meduzami i wychodzimy.
Plyniemy juz do Fadhila. Dzien pelen wrazen. Wieczorem dzielimy sie obserwacjami. Jestesmy niedaleko rownika, a tu swit jak i wieczor sa bardzo krotkie. Jest dzien albo prawie od zaraz noc. Zasypiamy. Nigdy wczesniej nie mialem takiej ochoty na sen.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza