piątek, 29 sierpnia 2014

20 - Trudny poczatek w Hong Kongu

25.07.2014 r.

(Karolina)

   
To już niestety dziś – żegnamy się z Filipinami, krajem który urzekł mnie swoim pięknem, wspaniałymi serdecznymi ludźmi, bajecznymi lagunami, jaskiniami i rafami koralowymi. Aż żal wyjeżdżać, z drugiej zaś strony jesteśmy okropnie stęsknienie za Michasiem i czekamy na spotkanie z nim. Pierwszy lot z Puerto Princesa mamy do Manili. Tam mamy 4 godz. czasu i właśnie się zastanawiamy czy wychodzimy „na miasto”. Ja po ostatniej wizycie nie bardzo mam ochotę, Sławek chciałby bardzo zobaczyć Cmentarz Północny, czyli Miasto Czaszek. Jest największą i jedną z najstarszych nekropolii metropolii Manilskiej. Na tym cmentarzu normalny tryb życia prowadzi ponad 10 tyś. Filipińczyków, to ich dom. Jednak w trakcie lotu stewardesa informuje, ze są jakieś zamieszki w Manili i żeby uważać. Po tej informacji sytuacja jest jasna, zostajemy na lotnisku.
    Przylatujemy na terminal IV, a odlot do Hong Kongu mamy z terminala III. Załatwiamy znowu darmową wycieczkę po płycie lotniska. Przeliczamy pozostałą kasę odliczając jeszcze 1650P na opłatę lotniskową przy wylocie. Zupełnie tego nie rozumiem. Za każdym razem przy lotach musimy płacić opłatę w zależności od lotniska od 150 do 550P/ osoba. Ale takie są ich wewnętrzne przepisy i co robić. Nie zostaje za wiele, a trzeba coś zjeść, więc decydujemy się na ATM. Terminal III w porównaniu z IV, to całkiem spora przestrzeń. Ze znaczną ilością restauracji no i co dla nas najważniejsze bardzo dobrym internetem. Przez 3 dni w EL Nido w zasadzie nie było sieci, z powodu kiepskiej pogody i szalejącego sztormu. Musimy nadrobić bloga, więc nie marudząc zjadamy szybko jakiś obiadek i siadamy w zasięgu wielkiego wentylatora (no bo klimatyzacji nie ma… ). Na lotnisku ciekawa scenka – wśród pasażerów oczekujących na lot odprawia się msza święta. Jest ksiądz, ktoś posługuje mu, jest też człowiek, który gra na gitarze i najważniejsze jest wielu wiernych uczestniczących w tej mszy. Prawie wszyscy podchodzą do komunii świętej. Niesamowite!
 
 
Ja Już dziś wiem, ze na Filipiny wrócimy na pewno. Tak wiele jeszcze mamy tu do zobaczenia.
      W końcu doczekaliśmy się naszego lotu. Tylko 2 godziny i już jesteśmy w Hong Kongu, a to już zupełnie inny kraj. Siadamy na lotnisku żeby poszukać informacji: jak najszybciej, najtaniej dostać się na wyspę Hong Kong. Lotnisko jest zbudowane na sztucznie usypanej wyspie, więc na właściwą musimy podjechać. Wszyscy polecają aby kupić kartę miejską o nazwie Octopus. Za przejazdy wszystkimi środkami komunikacji można płacić jedną kartą. Kupiliśmy ją i jedziemy. Niestety nie udało nam się wcześniej zarezerwować żadnego hotelu, czyli w naszym przypadku to już norma… Ale zawsze jakoś się udawało coś znaleźć więc i teraz pewnie też. Wsiadamy do szybkiej kolejki – pociągu. W trakcie jazdy decydujemy się (czyli Sławek decyduje…), że wysiądziemy na Kowloon jedną stację wcześniej. No i wysiadamy. Wychodzimy a tu… autostrada po 3 pasy ruchu… i biurowce… Jestem już zmęczona po całej podróży, głodna, niewyspana, zła że Sławek zdecydował się wysiąść wcześniej, że dźwigam na placach 12 kg – rzucam tylko: „wracam na lotnisko”, przebukowuje bilet i lecę do domu. Z tego wszystkiego zaczęłam płakać stojąc na stacji metra i nie wiedząc co dalej. Chwila załamania. Nagle podchodzi do nas jakaś para Chińczyków i pytają czy mogą nam w czymś pomóc. W kilku słowach wyjaśniliśmy co i jak. Niestety w tej okolicy z hotelem czy nawet miejscem do spania będzie ciężko. Podpowiadają jak i gdzie dojechać, przesiąść się aby dalej coś szukać. No to ruszamy. Sprawnie i szybko docieramy do dzielnicy North Point, na wyspie Hong Kong. Wyjść z metra jest od A do H. Stajemy przed mapą i szukamy, w którą stronę iść. Szukamy w tablecie informacji, gdzie są jakieś hotele w tej dzielnicy. Podchodzi do nas mężczyzna i pyta czy może pomóc. Kolejny raz ktoś oferuje pomoc. Pytamy czy zna może jakiś w okolicy hotel, hostel cokolwiek, gdzie możemy przenocować. Zaoferował nam, że zaprowadzi nas do pobliskiego hotelu i jeszcze po drodze zadzwoni do innych aby się zorientować. Po drodze mówi nam, że dzwonił do dwóch miejsc i nie mają wolnych pokoi. Dochodzimy do hotelu no i brak wolnych miejsc… Przy nas dopytuje się jeszcze w recepcji czy mogą podpowiedzieć jakieś rozwiązanie. Podają kilka nr telefonów, w dwóch pierwszych brak miejsc, a trzeci jest zdecydowanie poza naszym budżetem. Dziękujemy za szczere chęci pomocy i żegnamy się z gościem. Idziemy dalej zastanawiając się głośno czy wracamy na lotnisko i tam przenocujemy czy szukamy dalej. Jest już 22.30 a ostatnie metro odchodzi przed 24.00. Decydujemy się przejść jeszcze kawałek i poszukać, popytać. Wszędzie brak miejsc. Podchodzimy do kobiety ze straganem z owocami, niestety nie mówi po angielsku. Pomaga nam się dogadać kupujący owoce Muzułmanin (jak się później okazało Pakistańczyk mieszkający od pół roku w Hong Kongu). Mówi, abyśmy poszli za nim. W kolejnej uliczce kolejny hotel, ale miejsc brak. Właściciel proponuje pomoc – zadzwoni do znajomego. Czekamy cierpliwie, choć już od dobrej godziny chodzimy z plecakami (Sławek ma na plecach 20 kg + sprzęt w torbie – kolejne 5 kg, ja 12 kg a Natka dźwiga plecak 7 kg). W między czasie do ciasnej recepcji wchodzi grupa Chińczyków z przewodnikiem, który wyjmuje papierek zapisany krzaczkami i macha przed nosem recepcjoniście. Ten zajęty rozmową przez telefon ignoruje mężczyznę i tłumaczy coś pokazując na nas. No i się zaczęło. Przewodnik zaczyna się wydzierać, ale takim głosem, że myślałam, ze popękają szyby. Ja akurat stałam za nim, Sławek karze mi się szybko wycofać, bo zaczyna się wielka draka pomiędzy recepcjonistą a przewodnikiem. Nie namyślając się wcale wychodzimy na ulicę a Pakistańczyk za nami. On niestety nie zna w tej okolicy więcej miejsc bo sam niedługo tu mieszka. Dziękujemy za chęci i zrezygnowani zastanawiamy się co dalej.
     Za chwilę ostatnie metro nam ucieknie. Wracamy na lotnisko nie ma innego wyjścia. Przechodzimy koło pani z owocami i ona nas pyta po kantońsku (tak się tylko domyślamy), czy nie było pokoi. Tłumaczymy że niestety nie. Ona zaczepia idącą chodnikiem młodą Chinkę i coś jej tłumaczy. Zaczynamy rozmawiać z dziewczyną po angielsku tłumacząc naszą sytuację. Jest mocno zdziwiona, że wcześniej nie zarezerwowaliśmy noclegu. Szuka informacji w telefonie czy jest coś  jeszcze w pobliżu. I nagle pojawia się przed chwilą pożegnany Pakistańczyk. Opowiada nam, że wrócił do domu opowiedział żonie całą sytuację a ta powiedziała, że jest jeszcze jedno miejsce gdzie możemy spróbować, więc on szybko wybiegł z domu mając nadzieję że jeszcze gdzieś nas spotka. 
    Kurczę jesteśmy w totalnym szoku taką chęcią niesienia pomocy zupełnie bezinteresownej. Prowadzi nas labiryntem uliczek, rozmawiając przez telefon z żoną. Musimy chwilę poczekać, bo on nie za bardzo umie mówić po kantońsku a jego żona zaraz do nas dojdzie. Sami nie bardzo możemy uwierzyć w to co się dzieje. Nie wiem czy chce mi się płakać bo jestem zmęczona, czy z tej radości że spotykamy na naszej drodze tyle wspaniałych ludzi. Podchodzi do nas Muzułmanka w zaawansowanej ciąży – żona znajomego Pakistańczyka, ależ mamy wyrzuty sumienia, że o 24.00 ciągamy ją po mieście. Wchodzimy do budynku, próbujemy upchnąć się do windy o wymiarach 1mx1m… z naszymi plecakami na plecach i kobietą w zaawansowanej ciąży. No i oczywiście udaje się. I tak trzy razy, bo wysiadamy na złych piętrach (a budynek ma kondygnacji z 50). W końcu właściwe piętro, idziemy korytarzem i już z daleka słychać głośne rozmowy i śmiech. Wchodzimy a tu…. siedzi 4 Chińczyków, butelki po wódce na podłodze, pełne na stole, zamiast kieliszków - szklanki i zagrycha – surowa ryba… O kurde! – trafiliśmy na chińską imprezę..., szybka wymiana spojrzeń ze Sławkiem, nawet jak będą wolne pokoje to tu nie zostajemy. Zimny pot na plecach. Chwila prawdy – uff nie mają wolnych pokoi (tym razem się ucieszyłam). Każą nam jednak usiąść, coś poszukają po znajomych. Mówimy, że zjedziemy na dół i poczekamy na chodniku, jednak zdecydowany ruch ręki właściciela i grzecznie siadamy. Rozmowy prowadzą na trzy telefony, nasi znajomi Muzułmanie i właściciel jednocześnie obdzwaniając wszystkich znajomych. Po 10 minutach radosna wiadomość – 5 minut od tego miejsca jest hotel z wolnym pokojem. Cena wysoka ale nie mamy innego wyjścia – jest już 1.00 w nocy więc szybko się decydujemy. My z Natką schodzimy schodami tym razem… Dochodzimy do miejsca, gdzie mamy nocować. Starsza Pani prowadzi mnie, żebym obejrzała pokój. Już w zasadzie jest mi wszystko jedno, tu nie ma krzyczących i pijanych Chińczyków, więc tylko kawałek łóżka i nic więcej nie potrzeba. Pokój spoko, z klimatyzacją, czystą schludną łazienką z ciepła wodą. Nawet nie zastanawiam się sekundy zdejmuje w końcu mój plecak. Wołam Sławka i Natkę – zostajemy. Próbujemy jeszcze negocjować cenę, ale Pani jest nieugięta. Nie zna angielskiego, więc nasze negocjacje przebiegają na kartce z zapisanymi cyframi…
    Ściskamy i bardzo dziękujemy za pomoc naszym „aniołom stróżom” (bo tak ich nazwałam) za okazane serce życząc zdrówka dla dzidziusia. Podpowiadają nam jeszcze, żebyśmy jutro pojechali do dzielnicy You MaTei na Kowloon, a tam na pewno znajdziemy coś znacznie taniej. Oni się chyba jeszcze bardziej niż my cieszą, że mamy gdzie nocować. Sławek wymienił się z nimi mailami, więc pewnie przyjdzie jeszcze czas na podziękowania. Żegnamy się. No i znowu nam się udało, kosztowało nas to sporo nerwów ale mamy gdzie nocować. Padamy zmęczeni. Natka tak jak stała tak zasnęła na swoim łóżku, nawet jej nie budziliśmy aby się przebrała. Następnym razem gdy zdarzy nam się nocować w Hong Kongu musimy wcześniej zarezerwować nocleg… Łałałał…. [zasypiam].
[KS]

Ostatnie chwile w Puerto Pricesa, jedziemy na lotnisko.

 Maleńkie lotnisko w Puerto.

 
 
Lot do Manili.

 Msza święta na lotnisku w Manili.
 

Nadrabiam bloga, Sławek i Natka wydają resztę pesos na przyjemności.

 Przesiadamy się na lot do Hong Kongu.


Metropolia Manila z "lotu ptaka".

Niestety, tego wieczora w Hong Kongu nie robiliśmy zdjęć - sami rozumiecie... :-/

1 komentarz:

  1. Pięknie się Was czytało i oglądało i fajnie że Was poznałem chociaż na odległość le teraz już wiem że mam kolejnych fajnych przyjaciół .
    Jeszcze raz dziękuję Wam za pomoc dla przyjaciół z Pamilacan .
    I czekam na kolejną Waszą relację z Raju jedynego takiego miejsca na świecie FILIPIN !
    Pozdrawiam
    Darek

    OdpowiedzUsuń